Michał to było moje antidotum na niską samoocenę, facet, za którego ja, i każda kobieta na świecie, mogłabym wyjść za mąż choćby jutro. To był dźwięk gitary, jego stremowany lekko głos, smak szampana i imponująca pewność siebie. To byłam ja w poczuciu absolutnego carpe diem.

Krzysztof to było moje antidotum na poczucie pustki i potrzebę flirtu znad kieliszka wina. Facet, którego można było przykładać do krwawiącej rany, żeby przestało boleć. To był głęboki oddech i kamień z serca, przekonanie, ze teraz przede mną już tylko spokój i długo wyczekiwane poczucie bezpieczeństwa. To byłam ja w poczuciu, że znalazłam.

Michał (chyba tak) to był mój kubeł zimnej wody. Facet, który natrafił się zupełnym przypadkiem i otworzył puszkę pandory. To była spontaniczność, świetny taniec, pocałunek w szyję i dzień, od którego wszystko się zmieniło. To byłam ja w poczuciu, że wiele tracę, nie odklejając tego plastra.

Wiktor to moje niedoścignione wyobrażenie o romantycznej nocy, w którą wciąż wierzę. To było realne podniecenie, przeskakująca iskra ekscytacji i "I belong to you". To jestem ja w poczuciu, że wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu.
Name:

Komentarze: